08.10.2013
Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nad nami!


Co to znaczy iść za Jezusem? To pytanie – w Roku Wiary, który przeżywamy – musi postawić sobie każdy z nas. Idziemy za Jezusem we wspólnocie Kościoła, ale nie może zabraknąć naszej osobistej decyzji, tej którą podjął Bartymeusz, gdy podszedł z wiarą do Jezusa, doświadczył Jego miłosierdzia i dołączył do grona Jego uczniów.

 

Z Ewangelii według świętego Marka

Gdy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną». Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Synu Dawida, ulituj się nade mną».

Jezus przystanął i rzekł: «Zawołajcie go». I przywołali niewidomego, mówiąc mu: «Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię». On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: «Co chcesz, abym ci uczynił? »

Powiedział Mu niewidomy: «Rabbuni, żebym przejrzał».

Jezus mu rzekł: «Idź, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą.

 

Drodzy bracia i siostry!

Jak uczy papież Benedykt XVI: „Cud uzdrowienia niewidomego Bartymeusza (…) jest ostatnim cudem, jakiego Jezus dokonuje przed swoją męką i nie przypadkiem jest to uzdrowienie ślepego, to znaczy osoby, której oczy utraciły światło. Wiemy również z innych tekstów, że stan ślepoty ma w Ewangeliach brzemienne znaczenie. Przedstawia człowieka, który potrzebuje światła Bożego, światła wiary, aby naprawdę poznać rzeczywistość i kroczyć drogą życia”.

Na początku odczytanego fragmentu Ewangelii św. Marka słyszymy, że „spory tłum szedł za Jezusem’, a na końcu o żebraku Bartymeuszu, który „przejrzał i szedł za Nim drogą”.

Co to znaczy iść za Jezusem?

To pytanie – w Roku Wiary, który przeżywamy – musi postawić sobie każdy z nas.

Idziemy za Jezusem we wspólnocie Kościoła, ale nie może zabraknąć naszej osobistej decyzji, tej którą podjął Bartymeusz, gdy podszedł z wiarą do Jezusa, doświadczył Jego miłosierdzia i dołączył do grona Jego uczniów.

Nasza wędrówka śladami Jezusa rozpoczęła się w dniu naszego chrztu. Niestety często przypomina o tym już tylko metryka chrzcielna, a nasze życie pozostaje dalekie od wymagań Ewangelii. Trudno w nas rozpoznać uczniów Chrystusa. Owszem, dzięki rodzicom weszliśmy w nurt pięknej chrześcijańskiej tradycji, przyjęliśmy sakrament chrztu, była pierwsza komunia i bierzmowanie, był może nawet ślub kościelny, ale zabrakło świadomego wyboru, osobistego spotkania i przylgnięcia do Jezusa, jako Pana i Zbawiciela.

Bartymeusz nie tylko słyszał o Jezusie, on spotkał Go osobiście i doświadczył uzdrawiającej mocy Jego miłości. To spotkanie całkowicie zmieniło jego życie. Odtąd szedł wiernie za swoim Mistrzem i Jego Ewangelią, która stała się prawdziwym światłem i busolą na drodze jego nowego życia.

Bracia i siostry! Zapytajmy szczerze samych siebie: czy nie należymy do tłumu, który wprawdzie chętnie nazywa siebie chrześcijanami, ale naszym życiem nie potwierdzamy jeszcze tego, że jesteśmy uczniami Chrystusa, że spotkaliśmy zmartwychwstałego Pana na drodze naszego życia. Często brakuje miłości bliźniego, nie dostrzegamy tych przy drodze czekających na nasza pomocną dłoń i słowo nadziei. Choćby to z dzisiejszej Ewangelii: „Bądź dobrej myśli. Wstań, Pan woła cię!”. Dlatego nasze światło nie świeci, a sól nie ma smaku.

„Nie możemy zgodzić się na to, aby sól utraciła smak, a światło było umieszczone pod korcem” – mówił Benedykt XVI.

Musimy więc bardziej przylgnąć do Chrystusa, by odzyskać wewnętrzny żar miłości oraz radość i moc świadectwa pociągającą innych do Boga. Prośmy Pana, by ulitował się nad nami, wołajmy do Niego jak Bartymeusz. Prośmy Chrystusa, by otworzył nasze serca i rozpalił je swoim Duchem Miłości.

Ojciec Święty uczy: „Zaangażowanie (…) wierzących, którego nigdy nie może zabraknąć, czerpie żywotną siłę w codziennym odkrywaniu Jego miłości. Wiara bowiem rośnie, gdy jest przeżywana jako doświadczenie doznawanej miłości i kiedy jest przekazywana jako doświadczenie łaski i radości” (Porta Fidei, 7).

Spójrzmy teraz na bohatera dzisiejszej Ewangelii. Choć Bartymeusz głośno wołał do Jezusa, wyznając swoją wiarę w Niego, jako obiecanego i oczekiwanego Mesjasza, to jednak tłum próbował go uciszyć. Wydaje się, że jego zachowanie ich drażniło, być może wydało im się przesadne, obawiali się zamieszania i powątpiewali w możliwość zmiany beznadziejnej sytuacji tego, którego dobrze znali i często spotykali na drodze do Jerycha. Może nawet pojawiły się pogardliwe spojrzenia i myśl, że ten żebrzący kaleka, jeden z wielu słabych i maluczkich tego świata, nie wart był by zwracać na niego uwagę i zajmować drogocenny czas Nauczyciela z Nazaretu. Tymczasem Chrystus go zauważa, zatrzymuje się na drodze wobec całego tłumu, ze wzruszeniem wsłuchuje się w głos bezdomnego ślepca, każe go przyprowadzić do siebie, nawiązuje z nim dialog jak z bratem, poznaje jego imię i uzdrawia oczy napełniając je łagodnym blaskiem swego świętego Oblicza.   

Bracia i siostry! Czyż podobnie nie dzieje się dzisiaj, gdy widzimy jak ci, którzy mówią, że widzą, bo przecież są metrykalnie uczniami Chrystusa, są więc w tłumie, który idzie za Rabbim z Nazaretu, nie żyją jednak w praktyce wskazaniami Jego Ewangelii, a nawet jak to ostatnio widzimy w Polskim Parlamencie próbują uciszyć tych, którzy jak Bartymeusz, głośno, publiczne wyznają swoją wiarę w Chrystusa i idą za głosem zdrowego i prawego sumienia. Ci nieliczni ochrzczeni, którzy mają odwagę, by jak Bartymeusz, dać publicznie świadectwo swojej wiary, swojej przynależności do Chrystusa i nie łączyć się z coraz bardziej dominującym nurtem niewiary i dehumanizacji życia podsycanym przez niektóre media dalekie od naszej chrześcijańskiej i narodowej tożsamości.

Tłum nastawał na Bartymeusza, żeby ucichł. Dzisiaj wielu próbuje wyciszyć katolicki głos w polskim domu. Boi się Radia Maryja i Telewizji Trwam. Boi się usłyszeć słowa prawdy i miłości Chrystusowej Ewangelii, zamyka oczy na potrzeby ludzi samotnych, chorych i starszych, na oczekiwania milionów Polaków na emigracji gromadzących się przy odbiornikach radiowych i telewizyjnych, by umacniać swoją więź z Chrystusem, Kościołem i Ojczyzną.

Te prawie 2,5 miliona podpisów o przyznanie telewizji Trwam miejsca na cyfrowym multipleksie i liczne pokojowe manifestacje ludzi wierzących na ulicach całej Polski, to jak wołanie żebraka Bartymeusza, którego głos próbuje się zignorować lub wyciszyć, przejść lekceważąco obok. Decydenci w publicznych instytucjach uważają, że widzą lepiej sprawy, znajdują się w głównym nurcie życia narodu i należą do licznego „tłumu” idących za Chrystusem, bo przecież mogą także wykazać się metryką chrzcielną. Nie należy więc zwracać uwagi na wołanie jakiegoś ślepego Bartymeusza – myślą sobie, i mieszać do tego Chrystusa nauczającego w swoim Kościele. Dzięki Bogu biskupi polscy zajęli w tej sprawie jednoznaczne stanowisko, jak Chrystus, który pochylił się nad ślepcem przy drodze do Jerycha, pomimo głosów przeciwnych.

Drodzy bracia i siostry!

Dlaczego tak wielu w naszej Ojczyźnie boi się wołania Bartymeusza, boi się usłyszeć katolicki głos w swoim domu, boi się otworzyć drzwi Chrystusowi?

Jakże aktualne stają się dzisiaj słowa Papieża Bł. Jana Pawła II o tym, że „czas budzenia polskich sumień trwa” oraz, że „Polska potrzebuje dzisiaj ludzi sumienia”. Tak, Polska potrzebuje prawdziwych uczniów Chrystusa, którzy mają odwagę kierować się w życiu „mądrością krzyża”, a nie „mądrością świata”. Potrzebuje ludzi, którzy mają odwagę stanąć w obronie godności i świętości życia ludzkiego od poczęcia aż do naturalnej śmierci, w obronie godności małżeństwa rozumianego jako sakramentalny związek mężczyzny i kobiety. Nie jak ci, którzy mówią, że widzą, a dotąd pozostają ślepi i biedni, i głusi.

„Wiara chrześcijańska domaga się żarliwości, ognia, musi wystrzegać się „letniości”, dyskredytującej chrześcijaństwo – mówi papież Benedykt XVI. Bycie letnim jest największym zagrożeniem dla współczesnego chrześcijaństwa”.

Drodzy uczestnicy wielkopostnej liturgii! Wszyscy potrzebujemy uzdrowienia z duchowej ślepoty. Jako uczniowie Chrystusa, wszyscy powinniśmy utożsamić się z Bartymeuszem, złączyć z jego pokornym i ufnym błaganiem do miłosiernego Boga. W ten czas pokuty i nawrócenia powinniśmy najpierw stanąć w prawdzie przed Bogiem, klęknąć przy kratkach konfesjonału i wołać: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”.

Bracia i siostry!

„My widzimy oczami ciała. Zasadnicza różnica między nami, a bohaterem dzisiejszej Ewangelii polega na tym, że my jesteśmy o wiele mniej świadomi naszej ślepoty, a to utrudnia, a niekiedy wręcz uniemożliwia nam zwracanie się do Pana. Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że potrzebuje uzdrowienia.

Ta nasza życiowa ślepota objawia się na różne sposoby. Jesteśmy ślepi, gdy potrafimy zwracać uwagę jedynie na zło i na negatywne strony rzeczy i osób; jesteśmy ślepi, gdy - być może w obronie zasad i norm - zwracamy uwagę jedynie na przepisy prawa, a zapominamy o człowieku i potępiamy go; jesteśmy ślepi, gdy zapatrzeni w siebie nie potrafimy się cieszyć pięknem i dobrem, które wyszło z ręki Stwórcy, albo co gorsza - obracamy je przeciwko Niemu i przeciwko Jego stworzeniom; jesteśmy ślepi, gdy lękamy się stawiać czoła problemom i nie bierzemy pod uwagę głosu naszego sumienia; jesteśmy ślepi, gdy nasz sposób naśladowania Jezusa sprawia, że inni postrzegają pójście za Nim jako pomyłkę i stratę; jesteśmy ślepi, gdy dajemy się omamić teraźniejszością, zapominając o życiu wiecznym, do którego przecież Bóg nas powołał.

Z tego rodzaju ślepoty może nas wyzwolić cierpliwe i nieustanne wsłuchiwanie się w słowo Boże. Tylko ono ukaże nam rzeczywistość we właściwym świetle. Wtedy będziemy gotowi by powstać i ruszyć za Nim, dokądkolwiek zechce nas poprowadzić.

Wołanie Bartymeusza - „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!” - zostało upamiętnione w liturgii, w sformułowaniu, które wszyscy doskonale znamy i tak często powtarzamy recytując lub śpiewając: Kyrie eleison - Panie, zmiłuj się nad nami!

Adresatem tego wołania jest i pozostanie na wieki serce Pana, czułe na wszelkie cierpienie. Podejmując to wołanie na początku każdej mszy św. w akcie pokutnym, kojarzymy je zazwyczaj ze skruchą, oczyszczeniem, żalem... To dobrze, ale to nie wszystko! Ten okrzyk powinien nas nauczyć spoglądania nie tyle na siebie, lecz na Tego, który jest nam w stanie pomóc! Bardziej zatem, niż zaproszeniem do bezowocnego pogrążania się w poczuciu winy, należy tu dostrzec okazję do zatopienia się w kochającym sercu Boga. Z niezwykłą pewnością, że On zawsze działa na naszą korzyść” (Ryszard Wróbel OFMConv).

Papież Benedykt XVI w homilii wygłoszonej 28 października ubiegłego roku na zakończenie Synodu Biskupów poświęconego Nowej Ewangelizacji powiedział:

„Tak więc Bartymeusz (…) jest przedstawiony jako wzór. Nie jest on ślepym od urodzenia, lecz stracił wzrok: jest człowiekiem, który utracił światło i jest tego świadom, ale nie zatracił nadziei, potrafi skorzystać ze spotkania z Jezusem i powierza się Jemu, aby zostać uzdrowionym. (…)

W przeżywanym z wiarą spotkaniu z Chrystusem Bartymeusz odzyskuje utracone światło, a wraz z nim pełnię swej godności: wstaje na nogi i podejmuje pielgrzymkę, która od tej pory ma przewodnika – Jezusa – oraz drogę, tę samą, którą idzie Jezus. Ewangelista nie powie nam już nic więcej o Bartymeuszu, ale pokazuje w nim, kim jest uczeń: to ten, który ze światłem wiary „idzie drogą za Jezusem” (w. 52).

Święty Augustyn, w jednym ze swych pism dokonuje bardzo szczególnej obserwacji odnośnie do postaci Bartymeusza. Może być ona istotna i ciekawa także dla nas dzisiaj. Święty biskup zastanawia się nad faktem, iż w tym przypadku Marek przekazuje nie tylko imię osoby, która została uzdrowiona, lecz także ojca i stwierdza: „Bartymeusz, syn Tymeusza, był człowiekiem, który popadł w nędzę z bardzo wielkiego dobrobytu, a jego stan biedy musiał być powszechnie znany, publiczny, ponieważ nie tylko był ślepcem, ale także żebrakiem, który siedział przy drodze. Z tego powodu Marek zechciał upamiętnić tylko jego, ponieważ przywrócenie mu wzroku przydało cudowi o tyle większy rozgłos, o ile powszechna była wieść o nieszczęściu, jakie spadło na ślepca” (De consensu evangelistarum 2, 65, 125: PL 34, 1138). Tak pisze św. Augustyn.

Ta interpretacja, mówiąca, że Bartymeusz był osobą „bardzo zamożną”, która popadła w biedę, skłania nas do zastanowienia. Zachęca do pomyślenia, że są bogactwa niematerialne, cenne dla naszego życia, które możemy utracić. W tej perspektywie Bartymeusz może być przedstawicielem tych, którzy mieszkają w regionach od dawna ewangelizowanych, gdzie światło wiary osłabło, gdzie ludzie oddalili się od Boga i już nie uważają, że jest On ważny w ich życiu: a zatem osoby, które utraciły wielkie bogactwo, zagubiły wzniosłą godność – wynikającą nie z sytuacji ekonomicznej czy władzy doczesnej, lecz chrześcijańskiej – straciły pewne i stabilne ukierunkowanie życia i stały się, często nieświadomie, ludźmi żebrzącymi o sens swego istnienia. Tak wielu ludzi potrzebuje nowej ewangelizacji, czyli nowego spotkania z Jezusem Chrystusem, Synem Bożym (por. Mk 1, 1), który może ponownie otworzyć ich oczy i wskazać im drogę.

(…) To Słowo Boże [Ewangelia o Bartymeuszu] ma [nam] coś do powiedzenia szczególnie (…) w obliczu pilnej potrzeby głoszenia na nowo Chrystusa tam, gdzie osłabło światło wiary, tam, gdzie ogień Boży jest podobny do żaru, który wymaga rozniecenia, aby stał się żywym ogniem, dającym światło i ciepło dla całego domu”.

Na temat „osób ochrzczonych, które jednak nie żyją zgodnie z wymogami chrztu świętego” papież mówi, „że ludzie ci znajdują się na wszystkich kontynentach, zwłaszcza w krajach najbardziej zeświecczonych. Kościół zwraca na nich szczególną uwagę, aby na nowo spotkali oni Jezusa Chrystusa, na nowo odkryli radość wiary i powrócili do praktyki religijnej we wspólnocie wiernych. (…)

Bartymeusz, zyskawszy od Jezusa na nowo wzrok, dołączył do rzeszy uczniów, wśród których byli także z pewnością inni, którzy – podobnie jak on – zostali uzdrowieni przez Mistrza. Takimi są też ci, którzy podejmują nową ewangelizację: ludzie, którzy doświadczyli uzdrowienia przez Boga, przez Jezusa Chrystusa. Cechuje ich radość serca, mówiąca wraz z psalmistą: „Pan uczynił nam wielkie rzeczy i radość nas ogarnęła” (Ps 125, 3).

Również my zwracamy się dzisiaj do Pana Jezusa – Odkupiciela ludzi i Światła narodów”. Tak mówił nasz umiłowany Ojciec Święty Benedykt XVI, zapraszając do odnowienia naszej osobistej więzi z Chrystusem, która promieniować będzie radosnym świadectwem wiary pociągającym innych do pójścia za Panem.

Drodzy bracia i siostry! Za przykładem ślepca Bartymeusza powinniśmy najpierw wołać do Pana: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”.

To pokorne, ufne i wytrwałe błaganie otwiera duszę na światło wiary i tę wiarę wyraża. W jej świetle możemy rozpoznać miłosierne oblicze Chrystusa pochylone nad nami, słodki głos Tego, który uzdrawia całe nasze życie, i przywołuje do swego Serca, byśmy razem z Nim szli do Jerozolimy, gdzie przez krzyż wstąpi do chwały Ojca. Chrystus z dzisiejszej Ewangelii wydaje się uzdrawiać także oczy ludzi z „tłumu” idącego za Nim i pozwala im widzieć otwartym sercem Jego umęczone oblicze w chorych i cierpiących spotykanych na drogach świata. Dlatego raz jeszcze wołajmy do Serca Pana: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nad nami i nad naszą Ojczyzną. Amen.

                 o. Piotr Męczyński O. Carm.


« Wszystkie wiadomości   « powrót  

 



  Klasztor karmelitów z XVII w. oraz Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach położone są 20 km od Golubia-Dobrzynia w diecezji płockiej. Jest to miejsce naznaczone szczególną obecnością Maryi w znaku łaskami słynącej figury Matki Bożej Bolesnej. zobacz więcej »


  Sobotnie Wieczerniki mają charakter spotkań modlitewno- ewangelizacyjnych. Gromadzą pielgrzymów u stóp MB Bolesnej. zobacz więcej »
 
     
 
  ©2006 Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej

  Obory 38; 87-645 Zbójno k. Rypina; tel. (0-54) 280 11 59; tel./fax (0-54) 260 62 10;
  oprzeor@obory.com.pl

  Opiekun Pielgrzymów: O. Piotr Męczyński; tel. (0-54) 280 11 59 w. 33; (0-606) 989 710;
  opiotr@obory.com.pl

 
KEbeth Studio