Drodzy w
Sercu Jezusa, bracia i siostry!
Jak uczy
papież Benedykt XVI:
„Człowiek
jest stworzony do pokoju, który jest darem Boga. Trzeba o niego się modlić jako
o Boży dar, a jednocześnie go budować, angażując się z całych sił”.
„Niech
będzie coraz więcej ludzi, którzy bez hałasu, pokornie i wytrwale, dzień po
dniu stają się budowniczymi pokoju” – zachęca papież Franciszek.
Królowa
Pokoju z Medjugorie uczy nas być prawdziwymi apostołami i budowniczymi pokoju,
mówiąc: „Prawdziwy pokój będzie miał jedynie ten, kto w swoim bliźnim dostrzega
i kocha mojego Syna”. „Droga do mego Syna, który jest prawdziwym pokojem i
miłością, prowadzi poprzez miłość do bliźnich”.
W tym
miejscu pragnę podzielić się z wami pięknym świadectwem pątniczki z Podlasia,
którą miałem zaszczyt spotkać w Medjugorie i na Wieczerniku Królowej Pokoju w
Oborach.
P. Helena
z Siedlec, emerytowana pielęgniarka, w roku 2003 wyjechała do
Jerozolimy, by tam pełnić misję wolontariuszki, służąc chorym i wprowadzać
Chrystusowy pokój. Oto fragment jej wspomnienia:
„Pracujemy
w hospicjum jako wolontariuszki, świadcząc posługę ciężko chorym leżącym
w łóżku; sparaliżowanym, poruszającym się na wózkach inwalidzkich, osobom
starszym oraz niesprawnym psychicznie i fizycznie. W zakładzie tym
przebywa, wymagających specjalnej troski ponad pięćdziesiąt osób.
Dzień
naszej pracy rozpoczynamy o godzinie szóstej rano, wykonując toaletę
poranną przy chorych w łóżku, następnie przyprowadzamy ich na wózkach do
świetlicy, gdzie wspólnie uczestniczymy w codziennej Mszy świętej.
W ciągu dnia wykonujemy wiele innych czynności, jak: karmienie, pomoc
w sprawach fizjologicznych, wyprowadzanie na spacer oraz sprzątanie,
ścielenie łóżek. Ponieważ nie znamy ich języka, nie możemy prowadzić dialogu
słownego; porozumiewamy się więc językiem miłości.
Pensjonariusze
tego zakładu są z różnych narodowości, a więc: Arabowie,
Palestyńczycy, Etiopczycy, Aramejczycy oraz Żydzi. W większości są nimi
ochrzczeni katolicy. Pokochałam całym sercem tych sympatycznych staruszków
i naprawdę zobaczyłam w nich upokorzonego i cierpiącego
Chrystusa. Szkoda, że nie rozumiem tej szczerej mowy, wypowiadanej
w różnych językach. Ja również tyle miałabym im do powiedzenia.
Modlę się
więc często za nich podczas spaceru, karmienia czy innych czynności. Odmawiam
różaniec, a oni są mi wdzięczni, widząc w moich rękach ten „łańcuch
miłości”.
Mieszkamy
na wzgórzu, w sąsiedztwie muru granicznego między Palestyną
a Izraelem, co stwarza sytuację trochę niepokojącą. Spacerujemy wzdłuż
tego muru i dostrzegamy wozy policyjne oraz w pełni uzbrojonych
umundurowanych żołnierzy.
Przy
samym murze stoją pełniący tutaj straż graniczną izraelscy policjanci. Mur
graniczny w tym miejscu jest częściowo rozebrany. Palestyńczycy, chcąc
ułatwić sobie drogę do miasta, w którym żyją i pracują, uczynili
sobie prowizoryczne przejście.
Ulice
zupełnie puste. Nie ma pielgrzymów i brak przechodniów. Tylko gromadki
ślicznych, bardzo hałaśliwych dzieciaków bawiących się bezpośrednio na ulicy.
Biegną za nami i krzyczą: „Shalom!” Obserwujemy także stojące przed domami
tutejsze kobiety. Ubrane są w długie ciemne suknie, na głowach mają duże
białe chusty, otulające dokładnie całą górną część ciała.
Jerozolima
jest podzielona na dwie zasadnicze części; podobnie jak całe państwo Izrael.
Dzielnica żydowska jest elegancka, czysta i bogata. Natomiast dzielnica
arabska, w której mieszkamy, jest biedna, brudna i zaniedbana.
Zamieszkują tu w większości Arabowie, wyznania muzułmańskiego.
W obydwu częściach wymienione narodowości zachowują swoje
charakterystyczne tradycje, uwzględniając styl życia, sposób ubierania oraz
kultu religijnego.
Dziwna
sprawa, wszyscy tutaj razem żyją, pracują, modlą się, pomagają sobie nawzajem,
a jednak dzieli ich mur. Nasz zakład, w którym służymy
i mieszkamy, znajduje się w dzielnicy arabskiej, tuż przy murze
izraelsko-palestyńskim. Ten graniczny mur jest bardzo wysoki i zbudowany
z wielkich grubych betonowych płyt zakończonych szeroką warstwą
kolczastych drutów (zasieków).
Dowiedzieliśmy
się o nowej tragedii ludzkiej na ziemi, która powinna być świętą. Wczoraj,
na ulicach Jerozolimy, po raz kolejny, miał miejsce zamach na ludzkie życie.
Prawdopodobnie Arab w przebraniu ortodoksyjnego Żyda, jadąc miejskim
autobusem, miał przy sobie wybuchowy ładunek, który eksplodował. Zginęło 15
osób, a ponad 60 jest rannych. Niestety, takie sytuacje zdarzają się
tutaj, mimo ogromnej ilości patrolującej w wielu miejscach policji.
W tym
świętym miejscu są także niespokojne serca, które ciągle kierują się
nienawiścią, walcząc między sobą. Nadal nie wierzą, że żyją na ziemi, gdzie
Chrystus umarł za każdego i zamykają się na Jego łaskę.
Znalazłam
się w Ziemi Świętej, bo tak chciał Bóg. Wykonywałam tam pracę polegającą
na służeniu ludziom starszym, ciężko chorym, niesprawnym fizycznie
i psychicznie. Starałam się zawsze być blisko nich, by zastępować im
najbliższą rodzinę, za którą tęsknili. Każdą czynność spełniałam uczciwie,
wkładając w nią całe swoje serce.
Wykonując
toaletę w łóżku przy ciężko chorych, całowałam każdą umytą część ciała, by
w ten sposób zyskać ich życzliwość. Podczas karmienia często modliłam się
z nimi na różańcu, aby zrozumieli, że kochamy tego samego Boga, że łączy
nas swoją miłością Maryja.
Pewnego
razu posłano mnie do chorej Arabki, która nazywała się Bakija Abud. Była
sparaliżowana, przykuta na stałe do łóżka, bezzębna i niewidoma. Karmiłam
ją powoli i śpiewałam jej po polsku Litanię Loretańską, bo był miesiąc
maj. Słuchała, jakby rozumiała i skonsumowała całą porcję, chociaż miała
problem z połykaniem. Po nakarmieniu podałam jej jeszcze cukierka. Swą
bezzębną buzią uśmiechnęła się do mnie z taką życzliwością, że naprawdę
zobaczyłam w niej, w tym uśmiechu, samego Jezusa. Od tego momentu ta
osoba była już jedną z moich stałych podopiecznych. Pokochałam ją całym
sercem, a ona pokochała mnie.
Okazało
się później, że ta chora jest bardzo samotna. Nie ma żadnej rodziny, nikt nigdy
jej nie odwiedzał. Wśród pracowników uchodziła za osobę niespokojną
i natrętną, która ciągle „czegoś chce”. A ona po prostu pragnęła
tylko trochę życzliwości, którą odnalazła w mojej szczerej posłudze.
Bardzo się starałam, by zastąpić jej najbliższą rodzinę, natomiast ona
w swoim pokornym cierpieniu ukazała mi Jezusa, którego dostrzegałam
w każdym przebywającym tam staruszku.
Siłę
i mądrość do tej służby czerpałam z modlitwy pod krzyżem na Golgocie,
klęcząc przy skale, na której stał krzyż Chrystusa. Tam uczyłam się nowej,
bezinteresownej miłości. Każdą wolną chwilę spędzałam w Jerozolimie na
Kalwarii oraz w wielu innych miejscach uświęconych żywą obecnością Jezusa
i Maryi, dziękując Im za dar życia wśród Jego wybrańców naznaczonych
cierpieniem.
Po trzech
miesiącach kończyła się moja praca jako wolontariuszki na ziemi Jezusa. Moja
umiłowana podopieczna Abud, kiedy się dowiedziała, że ją pozostawiam, bo
wyjeżdżam, bardzo płakała. Jej rozpacz można by porównać z płaczem
dziecka, które traci ukochaną matkę. Patrząc na jej żal, ja również się
rozczuliłam i zapamiętałam ją na całe życie. W trudnych chwilach
mojego życia, przypomina mi ona zawsze cierpiącego, kochającego Chrystusa”.
Najmilsi
Bracia i Siostry!
Jezus
objawił nam, że „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8) i że największym powołaniem
każdej osoby jest miłość mająca swe źródło w Sercu Boskiego Odkupiciela. Św.
Jan Apostoł, który stał u boku Matki Bolesnej pod krzyżem Chrystusa, pisze: „My
miłujemy Boga, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. Jeśliby ktoś mówił:
„Miłuję Boga”, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje
brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś
mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego”
(1J 4, 19 – 21).
Pani
Helena spełniając w Ziemi Świętej bezinteresowną posługę miłości, daje nam
wspaniały przykład budowania pokoju i burzenia murów nienawiści.
Przypomina, że tylko miłość jest twórcza! Bez miłości nie ma pokoju. Szkołą zaś
i źródłem tej miłości jest krzyż Chrystusa. To właśnie na Kalwarii, jak ze
źródła, czerpała codziennie tę miłość, którą niosła potem bliźnim. Wiedziała,
ze jest nim każdy mieszkający w Jerozolimie żyd, muzułmanin
i chrześcijanin.
Bracia
i Siostry, wszyscy jesteśmy wezwani, by stać się apostołami miłości i
pokoju Chrystusa.
Do tego wzywa nas Piękna Pani z
Medjugorie. „Maryjo, dlaczego jesteś taka piękna?” – zapytały się dzieci
podczas jednego z objawień. A Ona uśmiechając się łagodnie rzekła: „Drogie
dzieci, jestem piękna ponieważ kocham. Wy też kochajcie, wtedy i wy będziecie
piękni”.
„Miłość jest bezustannym wędrowaniem” - pisał ks. Józef
Tischner. Papież Franciszek mówi, że „nie możemy wyobrażać sobie Maryi „jako
nieruchomego posągu z wosku”, ale widzimy w Niej „siostrę w znoszonych
sandałach, zmęczoną”, ponieważ szła za Panem, aby spotkać swoich braci i
siostry, kończąc swoją podróż w chwale nieba”.
„Nie śmierć ale miłość całą Cię zabrała…” – pisał o Niej
w swojej poezji ks. Jan Twardowski.
Ojciec Święty w orędziu na Światowy Dzień Chorego 2014 roku napisał: „Kiedy stylem naszego działania staje
się wielkoduszne poświęcenie dla innych, to tworzymy przestrzeń dla Serca
Chrystusa i jesteśmy nim rozpaleni, wnosząc w ten sposób nasz wkład do
przyjścia Królestwa Bożego.
Naszemu
rozwojowi w czułości, w miłosierdziu naznaczonym szacunkiem i delikatnością,
pomaga wzór chrześcijański, ku któremu pewnie trzeba kierować nasze spojrzenie.
Jest to Matka Jezusa i nasza Matka, bacznie wsłuchująca się w głos Boga oraz
potrzeby i trudności swych dzieci. Maryja, pobudzona Bożym miłosierdziem, które
w niej staje się ciałem, zapomina o sobie i pospiesznie wyrusza w drogę z
Galilei do Judei, aby zobaczyć się z swoją krewną Elżbietą, wstawia się u swego
Syna na weselu w Kanie, gdy widzi, że brakuje wina na godach, niesie w swoim
sercu przez całą swoją pielgrzymkę życiową słowa starca Symeona, który
zapowiedział, że miecz przeniknie Jej duszą i mężnie trwa u stóp Jezusowego
krzyża. Ona wie, jak pokonuje się tę drogę i dlatego jest Matką wszystkich
chorych i cierpiących. Ufnie możemy się do Niej uciekać z synowskim oddaniem,
będąc pewnymi że będzie nam pomagać, wspierać nas i że nas nie opuści. Ona jest
Matką Chrystusa zmartwychwstałego: trwa przy naszych krzyżach i towarzyszy nam
na naszej drodze ku zmartwychwstaniu i życiu w pełni”.
Święty Charbel, maronicki pustelnik z Libanu,
zjednoczony z Sercem Zbawiciela, wzywa:
„Zwróćcie
się do siebie nawzajem, popatrzcie na siebie, posłuchajcie się wzajemnie,
pozdrówcie, pocieszcie słowami miłości i otuchy, wyjdźcie z siebie i wyruszcie
do swoich braci, obejmijcie się w miłości Chrystusa”.
A
przychodząc mówcie wszystkim: „Szalom
alejchem (hebr.) – Salam alejkum (arab.) – Pokój wam! (J 20, 19). Amen.
o.
Piotr Męczyński O.Carm.
Obory, 20 czerwca A. D. 2026
|