Drodzy
w Sercu Jezusa, bracia i siostry!
Kolebką
naszego zakonu jest Góra Karmel w Ziemi Świętej, gdzie w niewielkiej kaplicy
dedykowanej Matce Bożej gromadzili się codziennie pierwsi eremici na wspólnej
modlitwie i Eucharystii. W jakiś sposób tego pierwotnego ducha Karmelu
odnajdujemy na Wzgórzu Matki Bożej Bolesnej w Oborach!
Jak
uczy Papież Benedykt XVI: „Życie chrześcijańskie to nieustanne wchodzenie na
górę spotkania z Bogiem, aby później zejść, niosąc miłość i siłę, które z niego
się rodzą, aby służyć naszym braciom i siostrom z taką samą miłością jak Bóg”.
Jak
pisze jeden z karmelitów: „Życie chrześcijańskie polega na sprawianiu, aby
Chrystus w nas zamieszkał i z nas docierał do naszych braci, którzy najbardziej
potrzebują Jego miłości, Jego pomocy, Jego uzdrowienia (o. Marcelino Iragui
OCD).
Przykładem
może być dla nas o. Wincenty Józef Kruszewski OCarm., zmarły w opinii świętości
karmelita z Obór, którego 104. rocznicę śmierci wspominamy 6 października br.
W
roku 1879 rozpoczął swoją posługę kapłańską i zakonną u stóp Matki Bożej
Bolesnej.
Tutaj
– przez 43 lata - jak ów ewangeliczny miłosierny Samarytanin (Łk 10, 30-37) z
wielką miłością i oddaniem nieustannie pochylał się nad chorymi na duszy i
ciele. Jako niestrudzony spowiednik i prawdziwy więzień konfesjonału, ceniony
kierownik duchowy i poszukiwany egzorcysta, troskliwy ojciec dla ubogich i
pocieszyciel nieszczęśliwych, często nawiedzający chorych z darem sakramentów i
umiejętnie wykorzystujący dary natury poprzez ziołolecznictwo, naśladował we
wszystkim Boskiego Samarytanina, naszego Pana Jezusa Chrystusa.
Jeden
z dawnych przeorów oborskiego konwentu napisał o nim: „Utrwaliła się opinia u wszystkich, którzy znali tego kapłana, że tyle
dobrego dla ludzi mógł zdziałać tylko święty. On odszedł do wieczności po
nagrodę, ale pamięć o jego cnotach żyje nadal…”.
Drodzy
bracia i siostry! O czym przede wszystkim przypomina nam dzisiaj ten miłosierny
Samarytanin z Oborskiego Karmelu? Do czego nas wzywa ten cichy i pokorny
zakonnik zapatrzony nieustannie w najdroższy wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego
i rozważający codziennie Jego bolesną drogę na Kalwarię?
O.
Wincenty całą swoją postawą i ofiarną posługą pomagał wszystkim zwrócić się z
ufnością do Serca Zbawiciela otwartego na krzyżu i przyjąć miłość Ojca zawsze
bogatego w miłosierdzie.
Jako
gorliwy i niestrudzony spowiednik bardzo troszczył się o formację sumienia
tych, którzy klękali przy kratkach jego konfesjonału. Posługując wiernym w
sakramencie spowiedzi świętej był bardzo spokojny i niezwykle cierpliwy.
Jak
zapamiętali to świadkowie: O. Wincenty „spowiadał
zawsze w konfesjonale przy zakrystii (…) „Spowiadał długo, dokładnie i miał zwyczaj pouczać ludzi o prawdach
wiary”. „Człowiek czuł się po takiej
spowiedzi bardzo oczyszczony. Ludzie cenili sobie spowiedź u niego. Dlatego
dużo się osób u niego spowiadało”. „Był
zawsze do dyspozycji, dla wszystkich, którzy przychodzili i prosili go o
spowiedź. Spowiedź u niego była szczególna, do wszystkiego naprowadził,
wszystko przypomniał… O wszystko się wypytał, od A do Z i dopomógł
spowiadającemu się.”. Jego też ludzie
najczęściej prosili, aby zaopatrywał i dysponował chorych na śmierć”.
Jeden
ze świadków zeznaje, że Ojciec Wincenty „przesiadywał
długo w konfesjonale. Ponieważ był słabo ubrany, przeziębiwszy się, zmarł na
zapalenie pęcherza”.
Z
pełnym przekonaniem można zatem powiedzieć, że o. Wincenty sprawując
niestrudzenie i z największym poświęceniem swoją spowiedniczą posługę
miłosierdzia był prawdziwym „więźniem i męczennikiem konfesjonału”.
Drodzy
bracia i siostry!
W
czasie zaborów, gdy Polska była wymazana z mapy Europy, a klasztor w Oborach,
cudem ocalony od kasaty przez rosyjskiego zaborcę, O. Kruszewski niestrudzenie
pracował nad wolnością w wymiarze najgłębszym i najistotniejszym - w sercach i
sumieniach Polaków, tam gdzie żaden zaborca nie ma dostępu.
Przypominał,
że prawdziwa wolność zaczyna się zawsze od wolności ducha i jedności z
Chrystusem.
Uczył budować
dom swego życia i niepodległej Polski nie na piasku fałszywie rozumianej
wolności do której kusi nas szatan i namawia świat, ale na mocnym fundamencie
wierności przykazaniom Dekalogu i Chrystusowej Ewangelii oraz chrześcijańskiej
moralności.
Przypominał,
że najstraszniejszym rodzajem niewoli w wymiarze osobistym i wspólnotowym jest
trwanie w grzechu śmiertelnym, w zatwardziałości serca, we wzajemnej nienawiści
i braku przebaczenia, oraz obojętności na potrzeby bliźnich.
Jako
egzorcysta, podejmując w imieniu Kościoła posługę miłosierdzia wobec ludzi
opętanych i dręczonych przez złego ducha oraz codzienną walkę duchową z
szatanem, dobrze rozumiał, że ostatecznie stawką jest zbawienie dusz i
osiągnięcie ojczyzny niebieskiej.
Dzisiaj pełni
wdzięczności przychodzimy na Oborską Kalwarię, by razem z o. Wincentym stanąć z
wiarą pod krzyżem Chrystusa u boku Matki Bolesnej. Ona, jako Ucieczka
Grzeszników i Matka Miłosierdzia, nieustannie wskazuje nam otwarte na krzyżu
Serce Zbawiciela i pomaga w zachowaniu i odzyskaniu tej wewnętrznej wolności i
godności przybranych dzieci Bożych otrzymanej w sakramencie chrztu świętego.
O. Wincenty Kruszewski dożył tej szczęśliwej chwili gdy Polska w 1918
roku, po 123 latach zaborów i nieobecności na mapach politycznych Europy,
odzyskała niepodległość. Zmarł w opinii świętości 6 października 1922 roku. Dla wszystkich gromadzących się w
Oborskim Sanktuarium pozostanie wielkim nauczycielem drogi do prawdziwej
wolności i korzystania z daru wolności.
W roku 1927, a więc zaledwie pięć lat po jego śmierci, wydana została
niewielka książeczka „U stóp Matki Boskiej Bolesnej łaskami słynącej w kościele
OO. Karmelitów w Oborach”, w której autor zawarł takie słowa:
„OO. Karmelici, wielcy czciciele Maryi, strzegli mimo różnych kolei
dziejowych, z całym oddaniem i wiernością tego drogiego klejnotu [figury Matki
Boskiej Bolesnej], w ich kościele umieszczonego. Nie ulegli przemocy i różnym
udrękom, doznanym ze strony prusaków, znosili cierpliwie i mężnie ciosy,
zadawane klasztorowi przez przemożnego moskwiczyna. Nie wolno im było
przyjmować nowych członków do zakonu. Karmel w Oborach zdawał się wymierać.
Ostatnim jakby stróżem Syjonu Oborskiego pozostał czcigodny O. Wincenty
Kruszewski, znany w całej okolicy i czczony dla wielkich swoich cnót i zalet
serca. On to, jakby biblijny „robaczek w drzewie” krzątał się, sędziwym starcem
będąc, w tej świątyni, pracując nieustannie dla pomnożenia jej chwały.
Gorliwość tego domu Bożego pochłaniała go. Był żywym przykładem wiary i miłości
dla wszystkich odwiedzających kościółek Matki Boskiej Bolesnej w Oborach i
zdawał się żarliwością swoją przypominać wiernym czcicielom Maryi Oborskiej owe
słowa psalmisty, pełne zachwytu i słodkich wylewów serca: „O jak są miłe, Twe
przybytki Panie”!
Maryja ze swej strony nie dopuściła, by Jej „bracia” (jak Karmelitów
nazwać poleciła), od straży tej świątyni odstąpili. Jakkolwiek w ostatnich
czasach nieliczne były powołania do zakonu, przybyli w odrodzonej już i wolnej
Polsce bracia zakonni z innych klasztorów, by strzec i chronić przekazane im
dziedzictwo i szerzyć nabożeństwo do Matki Boskiej Bolesnej, która w Oborach
tron łask założyła”.
Miesiąc
październik w szczególny sposób poświęcony jest Matce Bożej Różańcowej. Pod tym
właśnie tytułem Maryja objawiła się sto lat temu w fatimskiej Dolinie Pokoju.
Gdy spytano
małą Hiacyntę, o co najbardziej prosiła Matka Boża podczas fatimskich objawień,
dziewczynka odpowiedziała: „O codzienne
odmawianie różańca”.
Pięknym
przykładem może być dla nas Czcigodny Ojciec Wincenty Kruszewski z Karmelu w
Oborach, który na
co dzień nie rozstawał się z różańcem, wszystkim mówił o miłości i mocy
wstawiennictwa Matki Bolesnej, której był całkowicie oddany.
Jeden
ze świadków jego świętego życia wspomina: Przed dorocznym odpustem na
Uroczystość Matki Bożej Szkaplerznej 16 lipca, „gdy ludzie przyjechali na
odpust i spali w stodole, to o. Wincenty z różańcem całą niemal noc po ogrodzie
chodził i modlił się” [za pielgrzymów].
O
przywiązaniu i czci wyrażanej Matce Bożej przez Ojca Wincentego mówiła też w
swojej relacji jedna ze starszych mieszkanek Obór: „Widziałam, jak się modlił
po cichu, klęcząc ze złożonymi rękami, przy ołtarzu Matki Bożej Szkaplerznej.
Różaniec to już u niego było pierwsze; różaniec i szkaplerz. On przyjmował
dzieci do szkaplerza, mówiąc: »Noś ten szkaplerz zawsze!«”.
„Kiedyś o. Wincenty został zapytany przez
pewnego kapłana, jak to robi, że leczy, że pomaga ludziom niepokojonym przez
szatana?
Odpowiedział pełen prostoty:
- »Odprawiam Mszę świętą o Duchu
Świętym w intencji nieszczęśliwego człowieka, a następnie modlę się do Matki
Boskiej Bolesnej – słynącej tu cudami«”.
Świadectwo tego pokornego karmelity, męża modlitwy zaprawionego w
pokucie i napełnionego Duchem Świętym apostoła Bożej miłości, jest dla nas
wszystkich bardzo cenne i pouczające.
Widziano go zawsze z różańcem w dłoniach, klęczącego często przed
Tabernakulum u stóp Matki Bolesnej. Z tego Ukrytego Źródła – z Serca Jezusa
obecnego w Eucharystii – czerpał tę miłość Bożą uzdrawiająca ludzkie dusze i
ciała, którą rozlewał na wszystkich z którymi się spotykał.
„Pamiętam, gdy w pierwszy piątek lipca 1998
r. udając się z posługą do chorych w naszej parafii, zabrałem ze sobą małe
obrazki przedstawiające o. Kruszewskiego na tle oborskiego kościoła. Dałem
jeden taki obrazek podeszłej wiekiem pani Jadwidze w Oborach.
A ona się uśmiecha i mówi: - Poznaję, to ojciec Wincenty. On mnie
uzdrowił!
Pytam więc: – Jak Panią uzdrowił?
Proszę to opowiedzieć.
»Byłam – opowiada – małą, może
6-letnią dziewczynką, nie chodziłam jeszcze wtedy do szkoły. Zachorowałam
bardzo ciężko na żołądek. Leżałam i byłam tak osłabiona, że nie mogłam chodzić
o własnych siłach. O. Wincenty znał moją mamę, która bardzo strapiona zwróciła
się do niego z prośbą o pomoc. Wtedy o. Wincenty, będący już wówczas
staruszkiem, przyszedł i przyniósł w małej buteleczce poświęcone wino. Dał mi
to wino do wypicia. Było tego może dwie duże łyżki. Jednocześnie modlił się za
mnie i udzielił kapłańskiego błogosławieństwa. Po przyjęciu tego „lekarstwa”
byłam coraz silniejsza i szybko powróciłam do zdrowia«”.
Świadectwo
oborskiej parafianki dowodzi, że Ojciec Wincenty, napełniony i rozpalony Duchem
Świętym, aż do ostatnich dni swego zakonnego i kapłańskiego życia,
niestrudzenie roznosił wszystkim, w naczyniu swego kapłańskiego serca, miłość
Bożą, uzdrawiającą ludzkie dusze i ciała.
Takim
był i takim pozostał do dzisiaj, nie tylko we wdzięcznej pamięci wiernych, ale
także w tajemnicy świętych obcowania, orędując za tymi, którzy proszą go o
wstawiennictwo u Boga. Jakże wymowny jest krótki zapis Gabrieli z Gniewu pod
Gdańskiem, uzdrowionej z raka kości: „Mój
ból pozostał przy grobie ojca Wincentego”.
Wierzę, że ojciec Wincenty jest cichym opiekunem i stróżem tego
sanktuarium, troskliwym ojcem i wiernym przyjacielem wszystkich chorych,
strapionych i ubogich, zniewolonych nałogami i dręczonych przez złego ducha,
wspomożycielem spowiedników i egzorcystów, wzorem dla kapłanów i osób
konsekrowanych, potężnym orędownikiem i pełnym współczucia bratem dla
wszystkich proszących go o wstawiennictwo u Boga.
Nasze rozważanie zakończę słowami poezji Anny z
Gdańska, która w utworze poświęconym Ojcu Wincentemu zawarła takie strofy:
Dziś
wierni pielgrzymi licznie przybywają,
W miejscu, gdzie spoczywa, z pokorą
klękają.
Zatroskani o
swych bliskich, zdjęcia ich przynoszą
I z ufnością
przez modlitwę o pomoc Go proszą.
Bo
ojciec Kruszewski wciąż ludziom pomaga,
Wysłucha
każdego, kto o pomoc błaga. Amen.
o. Piotr
Męczyński OCarm. Obory, 6 października 2026 r.
|