Umiłowani w Sercu Jezusa, bracia
i siostry!
Do stóp Oborskiej Matki Bolesnej przybywa zawsze
wielu chorych, osób zmagających się ze słabością i boleścią fizyczną,
cierpieniem psychicznym i duchowym. Przybywają tutaj jako pielgrzymi nadziei, z ufnością
w sercu, imieniem Maryi na ustach i różańcem w dłoniach.
I choć nie wszyscy chorzy zostają cudownie
uzdrowieni na ciele, to jednak wszyscy zostają duchowo pokrzepieni
i umocnieni, napełnieni Bożym pokojem i odwagą do dalszej drogi pod
płaszczem opieki Maryi. Za Jej przykładem zawierzają Sercu Jezusa i łączą swoje
ludzkie cierpienia z męką Zbawiciela. Bo jak uczy Św. Jan Paweł II:
W chorobie czy jakimkolwiek cierpieniu trzeba
zawierzyć Bożej Miłości, jak dziecko, które zawierza wszystko, co ma
najdroższego, tym, którzy je miłują, zwłaszcza swoim rodzicom. Potrzeba nam
więcej tej dziecięcej zdolności zawierzenia siebie Temu, który jest Miłością
(por. 1 J 4,8). Jakże głębokiej wartości i znaczenia – mówi papież, nabierają słowa świętego Pawła: „Wszystko mogę
w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13).
Kilka lat temu będąc w rodzinnych stronach
odwiedziłem katedrę w Gdańsku – Oliwie. Przechodząc po krużganku
klasztornym tej pocysterskiej budowli, moją uwagę zwrócił obraz XVII-wiecznego
flamandzkiego malarza, zatytułowany: „Chrystus Ukrzyżowany z chorymi”.
Muszę wam wyznać, że nie mogłem oderwać oczu od tego niezwykłego obrazu.
Przedstawiał Chrystusa rozpiętego na krzyżu, który skłania głowę, patrzy na
wszystkich zgromadzonych u Jego stóp, wyciąga do nich swoje ramiona i
zdaje się mówić: „Przyjdźcie
do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. A pod
tym krzyżem Chrystusa byli chorzy, ubodzy, dotknięci kalectwem. Byli tam ludzie
o kulach, z opaską na oku, leżący na łożu boleści. Niezwykłe było to,
że wszyscy oni patrzyli w górę – na Jezusa, mając dłonie złożone do modlitwy.
Ich twarze spokojne i pogodne, oczy pełne światła i nadziei – zdawały
się mówić: Jak jesteśmy uczestnikami cierpień Chrystusowych, tak też
wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy. Albowiem skoro wspólnie z Nim
cierpimy, to po to, by też wspólnie z Nim przebywać w chwale.
W tego Chrystusa przybitego do krzyża wpatrują
się wszyscy chorzy, przykuci do łóżka, którzy po cichu, z wiarą i miłością,
łączą codziennie swoje ludzkie cierpienia z Męką Zbawiciela dla dobra Kościoła,
swoich bliskich i całego świata. Ten Chrystus obejmuje ich swoją czułą
miłością, jest ich Lekarzem, Mistrzem i Przyjacielem, mocą i mądrością w
godzinie próby, źródłem najgłębszej pociechy i nadziei sięgającej Wielkanocnego
Poranka.
„Jezus jest lekarzem, który leczy lekarstwem
miłości, bo bierze na siebie nasze cierpienie i zbawia. On potrafi zrozumieć
nasze słabości, bo On sam ich doświadczył osobiście (por. Hbr 4, 15)” (papież
Franciszek).
W roku 2002 odbyło się w Mediolanie
sympozjum Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Włoskich na temat: „Lekarz wobec
cudu”. Kardynał Dionigi Tettamanzi, przemawiając na zakończenie, wyraził
niezwykle piękną i głęboką myśl:
„Prawdziwy” cud nie jest przede wszystkim darem
uzdrowienia, którego Pan Bóg i tak może udzielić w sposób całkowicie
wolny.
„Prawdziwy” cud polega na rozpoznaniu
w obliczu Jezusa ukrzyżowanego posuniętej aż do granic miłości Boga, który
daje siebie samego każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie, czyniąc również
nas zdolnymi do takiej miłości.
„Prawdziwy” cud polega na tym, że potrafimy
patrzeć na chorobę, ból i cierpienie, ucząc się od Jezusa nazywać je po
imieniu, a właściwie dając im imię Chrystusowego krzyża.
„Prawdziwy” cud to umiejętność całkowitego
powierzenia się Bogu i złożenia w Nim całej nadziei i ufności,
również wtedy gdy z ludzkiego i lekarskiego punktu widzenia nie widać
drogi wyjścia.
„Prawdziwy” cud to umiejętność uczynienia
z bólu daru, aktu miłości nie tylko do Boga, ale również daru dla braci:
dokładnie tak, jak uczynił Jezus!”
Dlatego, drodzy bracia i siostry, tak
potrzebne jest towarzyszenie chorym w ich życiowej drodze, wspomaganie ich
z delikatnością, ale też odważną miłością, w trudzie nadawania sensu
temu, co przeżywają. „To towarzyszenie, które rzeczywiście może przyczyniać się
i na swój sposób wzniecać „cud” przeżywania choroby czy śmierci
z wewnętrznym pokojem, okazuje się dzisiaj szczególnie potrzebne
i konieczne, w sytuacji kulturowej naznaczonej poważnym kryzysem
„utraty poczucia sensu”.
Przykładem może być dla nas świadectwo kapłana na
wózku, misjonarza – werbisty, o którym chorzy i niepełnosprawni
mówią, że „cuda czynić potrafi”.
Ojciec Stanisław Olesiak (+1.12.2020) przez siedem
lat pracował jako misjonarz w Angoli, w bardzo trudnych warunkach,
prowadził budowę ośrodka misyjnego, zabiegał o żywność dla głodujących.
Niestety mając zaledwie 35 lat zmuszony był
powrócić do Polski. – Zaczęła mnie „tłuc” malaria. – opowiada o.
Stanisław. W dodatku przywiozłem sobie też amebę w wątrobie. W końcu zaczęły
pojawiać się zaburzenia wzroku, pewne luki w pamięci – opowiada. – W
końcu padła diagnoza – stwardnienie rozsiane. Na początku chodziłem o lasce,
potem o kulach, aż w końcu zmuszony byłem usiąść na wózku inwalidzkim…
Na początku był
potworny ból i bunt: Boże, dlaczego ja? Po co? Przecież jako zdrowy mogłem
ludziom bardziej się przydać. Czy źle im służyłem? Takie pytania kłębiły
się w mojej głowie podczas wielu bezsennych nocy. Problemy
z poruszaniem wzmogły się, obawiałem się wyjść z pokoju.
Myślę, że każdy buntuje
się przeciwko cierpieniu. Nawet Jezus w Ogrodzie Oliwnym wołał: „Ojcze,
oddal ode mnie ten kielich...”. Ale potem przyszła refleksja: na moja chorobę
nie ma lekarstwa. Więc co z tego, że będę się buntował? Do czego to doprowadzi?
Tylko do jeszcze większej rozpaczy.
Mogę powiedzieć
o mojej obecnej posłudze, że odkryłem nowa misję, równie ważną jak misja
w Angoli. Tak, skoro Pan Bóg dał dwie kule, a teraz wózek, to
trzeba na nim jechać i kontynuować swoja posługę. Oczywiście, że można
byłoby usiąść i trwać w bezruchu, ale ja tego nie potrafię, muszę coś
robić. Przemogłem się. Wziąłem kule, wyszedłem na miasto, szukać podobnych do
mnie. Tak bardzo tęskniłem do Afryki! I nagle pomyślałem sobie: przecież
u nas też jest „Afryka”. I to jak wielka! Gdyby wszyscy chorzy na
wózkach wyjechali jednego dnia na rynek miasta, zdziwilibyśmy się na ich widok.
A przecież w Polsce żyją cztery miliony niepełnosprawnych. Jedna
dziesiąta narodu, gdzie oni są? Siedzą zamknięci w swoich czterech
ścianach jak w więzieniach. Postanowiłem, że trzeba ich z tych więzień
wyzwolić, wyprowadzić na świat.
Mszę świętą odprawiam
na wózku, ale cały czas spotykałem się i spotykam z osobami
niepełnosprawnymi. Zauważyłem, ze chociaż jestem duchownym, w swoich
odczuciach choroby nie różnię się od innych. Niejeden raz czułem żal do Pana
Boga. Było to udziałem wielu osób, które poznałem. W niepełnosprawnych
rodzi się wielki bunt. Na pewno niełatwo jest żyć ze swoją ułomnością,
zwłaszcza, że nie jest się jeszcze staruszkiem. Wiara jednak nauczyła mnie
ostatecznie mówić: „coś dał Panie Boże, trzeba przyjąć”. Ludziom fizycznie
niesprawnym, zwłaszcza niewierzącym, trudno odkryć sens swojego kalectwa.
Oprócz znoszenia bólu fizycznego cierpią psychicznie i duchowo,
nieustannie pytając: dlaczego cierpienie i dlaczego akurat mnie ono
spotkało, dlaczego muszę być ciężarem dla innych? Widząc obok siebie mnie,
duchownego, również niesprawnego, bardzo często nawiązywali ze mną rozmowę. Tym
łatwiej, że widzieli, iż pomimo trudów i podobnego cierpienia uśmiecham
się, nie odrzucam Boga, ale modlę się, odmawiam brewiarz, różaniec, odprawiam
Mszę świętą, adoruję Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Ludzie
otwierali się, dzielili się tym, co czują, pytali o moje nastawienie
i przeżywanie choroby. Widząc moje zmagania i próby nadawania sensu
życiu pomimo kalectwa, szukali częstszego kontaktu ze mną, wspólnych rozmów,
spotkań, prosili o spowiedź. Pamiętam spotkanie z chorym, który
prosił o spowiedź po czterdziestu trzech latach. Ponieważ mieliśmy dużo
czasu, mogłem go dobrze do niej przygotować w czasie wielu rozmów.
Choroba zbliżyła mnie
do ludzi, którzy cierpią i chorują, podobnie jak ja. Ktoś mówiąc
o mnie powiedział, że „cuda potrafię czynić”. To za duże słowa. Nie
potrafię czynić cudów, ale rzeczywiście cuda się dzieją wokół mnie. Kiedy
siedzę lub leżę, mam w nogach mrowienie i odczuwam bardzo silny ból,
potrafię śmiać się, rozmawiać. Przecież to jest mały cud, że nie skarżę się
i nie użalam nad sobą. Cudowne jest, że moje zachowanie i słowa
nieraz mobilizują do życia innych chorych, którym ból czy cierpienie tak bardzo
doskwiera.
Jeszcze muszę dodać, że
modlę się w ciągu dnia za nich. Różańca z ręki prawie nie wypuszczam.
A przecież są jeszcze noce; dla mnie są to często noce nieprzespane. Bogu
dzięki, że jest Radio Maryja, a jak nie ma nic ciekawego, znowu biorę
różaniec. Zawsze powtarzam na każdych rekolekcjach, na spotkaniach, że modlitwa
różańcowa jest siłą. Każdemu mówię, że jeśli tego nie przyjmiemy, to zginiemy.
Mimo że jestem przykuty
do wózka, docieram do niepełnosprawnych przez różne formy apostolatu. Głównie
przez spotkania Stowarzyszenia Niepełnosprawnych „Spokojne Jutro”, przez
wczasorekolekcje, turnusy rehabilitacyjne, pielgrzymki. Prowadzę też bogatą korespondencję.
Gdybym przechowywał wszystkie kartony z listami, to by brakło miejsca
w moim pokoju. Często rozmawiam z chorymi telefonicznie
i wysłuchuję licznych próśb o poradę, dobre słowo i o modlitwę.
Ludzie mówią, że odczuwają te modlitwę.
Osoby niepełnosprawne
przeżywają ogromną radość, kiedy składają swoje cierpienie w intencjach
misji. Namawiam ich, aby modlili się za konkretnych misjonarzy, zamawiali Msze
święte i w miarę swoich możliwości wspierali misje finansowo. Zapewniam,
że w ten sposób każdy może zostać apostołem i misjonarzem”.
Pani Henryka tak wspomina swoje rekolekcyjne
spotkanie z Ojcem Stanisławem:
„Mam przed oczyma kapłana, naszego kapłana chorych, któremu kule
i krzesło pomagają utrzymać się przy ołtarzu. Kapłana, który Mszę świętą
czasem też celebruje w pozycji siedzącej. To on, ten schorowany, wspaniały
kapłan sprawił, że jakaś wielka, niewidzialna siła ogarniała mnie i innych
chorych, pozwalała zapomnieć o troskach codziennego dnia, wznieść się
wyżej i całym swoim jestestwem, całym sercem jednoczyć się z Bogiem,
z Chrystusem. Łączyłam w myśli ból i cierpienie tego cichego
i pokornego kapłana z bólem wszystkich chorych i cierpieniem
Chrystusa. Przyjmowałam Komunię świętą z tych słabych, drżących
kapłańskich rąk. I potem bóle ustąpiły. Wróciłam do domu szczęśliwa. Byłam
wzmocniona duchowo, napełniona miłością, wyposażona w głęboką ufność”.
Bł. Kardynał Stefan Wyszyński zwracając się do
chorych powiedział:
„Wy posiadacie skarb cierpienia, ofiarowanego
Bogu. Dlatego możecie wiele pomóc innym. Chciejcie więc dołączyć wasze
cierpienie do Męki Chrystusa. Nie tylko Go
przez to pocieszycie, nie tylko sami doznacie ulgi, ale jeszcze
(…) swoją wiarą i nadzieją pomożecie innym (…). Wielu ludzi oczekuje
waszej pociechy i pomocy, mimo, iż sami cierpicie. (…)
Gdy będzie Wam ciężko, pamiętajcie,
że i Chrystus cierpiał. Ale idąc na Krzyż uprzedzał uczniów
swoich, że trzeciego dnia zmartwychwstanie. Pamiętajcie o tym,
że i przed Wami jest zmartwychwstanie i życie. „Smutek wasz
w radość się odmieni”.
Papież Franciszek podkreśla, że „ludzie chorzy,
podobnie jak osoby niepełnosprawne, nawet bardzo poważnie, posiadają swoją
niezbywalną godność i swoją misję w życiu”.
O tej misji osób chorych przypomniała Piękna Pani
z Lourdes ukazując się ubogiej, niepiśmiennej i chorej dziewczynce, obejmując
ją swoim miłującym spojrzeniem i prosząc o modlitwę oraz pokutę za grzeszników.
Papież Franciszek w orędziu na Światowy Dzień
Chorego napisał:
„Bernadeta po pobycie w grocie, dzięki modlitwie
przekształciła swoją kruchość we wsparcie dla innych, dzięki miłości stała się
zdolna do ubogacenia swego bliźniego, a przede wszystkim poświęciła swoje życie
dla zbawienia ludzkości. Fakt, że Piękna Pani poprosiła ją, aby modliła się za
grzeszników przypomina nam, że chorzy, cierpiący noszą w sobie nie tylko
pragnienie uleczenia, ale także przeżywania po chrześcijańsku swego życia,
dochodząc do oddawania go jako autentyczni uczniowie-misjonarze Chrystusa”.
Te słowa następcy Świętego Piotra jasno wskazują,
że właśnie ludzie chorzy, którzy z wiarą i miłością łączą swoje ludzkie
cierpienia z męką Chrystusa, są szczególnie cennymi współpracownikami Bożymi w
dziele zbawienia dusz.
Jakże wielu grzeszników doświadcza mocy Bożego
Miłosierdzia, otrzymuje łaskę pojednania z Bogiem w sakramentalnej spowiedzi i
siłę do zerwania ze zgubnym nałogiem, odnajduje sens i cel swego ziemskiego
pielgrzymowania, właśnie dzięki spotkaniu z osobą chorą, która z cierpliwością
i pogodną nadzieją złożoną w Bogu, dźwiga swój krzyż, modli się nieustannie i
ofiaruje Bogu łącząc z miłością swoje cierpienia z męką Zbawiciela dla dobra
innych ludzi.
Drodzy Moi! Tak wielu chorych stwierdza, że zamiast
uzdrowienia ciała dokonał się w nich o wiele ważniejszy cud przemiany duchowej.
Pogodzili się ze swoim cierpieniem, a nawet je
pokochali, uświadamiając sobie, że w ten sposób stają najbliżej Jezusa
ukrzyżowanego, że niejako pomagają Mu zbawiać ten świat i ludzi. (…)
Chory często myśli, że jest taką suchą,
nieużyteczną kłodą, ale często takie właśnie kłody rozpala łaska Ducha Świętego
i chory, który myśli, że jest zupełnie nieużyteczny, zjednuje swoim cierpieniem
zbawienie innym i sam nie idzie do nieba z pustymi rękami, bez zasług. Jeśli
chory człowiek otwiera się na innych, jest wielkim skarbem dla tych, którzy mu
pomagają. On wspiera ich duchowo. Pewna kobieta na wózku inwalidzkim cieszyła
się, gdy jeden z księży co miesiąc podawał jej kolejne intencje modlitewne. Mówiła
tak: „Proszę księdza, ten mały pokoik pomieści wielu ludzi." I mówi ów
kapłan: "Cieszyłem się, że mogę być spokojny o trudne ludzkie sprawy,
które ona umieściła w swoim sercu.” Wielu chorych modli się również za
małżeństwa przeżywające kryzys, za syna, który padł ofiarą sekty, za córkę
narkomankę, za kobietę po wypadku… Kiedyś powiedział pewien lekarz, że ci,
którzy pomagają innym, znacznie szybciej wracają do zdrowia, niż ci, którzy
zajmują się tylko swoją chorobą. Zobaczcie, kochani, jak bardzo jesteście
potrzebni i ile dobra możecie wyświadczyć!” (Ks. Dariusz Kielar CSMA).
Najmilsi Bracia i Siostry! Kochani Chorzy!
Nasze rozważanie zakończmy słowami modlitwy ojca Stanisława i niech stanie
się ona także naszą modlitwą:
„Panie Jezu, tę chorobę, którą na mnie zesłałeś, przyjmuję
jako łaskę z Twoich rąk.
Ona mnie dręczy, ale czyni także bardziej
podobnym do Ciebie.
Naucz mnie cierpieć tak, jak Ty...
Spraw, żeby moje cierpienia przyczyniły się
do prawdziwego dobra tych, których kocham.
Odnawiam ofiarę mojego ciała, mojego serca,
mojej woli, moich lęków i mojej bezsenności,
moich udręk i całego mojego życia.
Składam ufnie w Twoje ręce, jako
Przyjaciela,
całą moją przeszłość, abyś ją oczyścił, moje „teraz”, abyś je uświęcił, moją
przyszłość, aby była taka, jakiej Ty oczekujesz ode mnie.
Mam, mój Panie, tylko jedną wolę – to jest Twoja
Wola!”. Amen.
o. Piotr Męczyński O.Carm.
|