18.01.2026
Prawdziwy Cud


Umiłowani w Sercu Jezusa, bracia i siostry!

Do stóp Oborskiej Matki Bolesnej przybywa zawsze wielu chorych, osób zmagających się ze słabością i boleścią fizyczną, cierpieniem psychicznym i duchowym. Przybywają tutaj jako pielgrzymi nadziei, z ufnością w sercu, imieniem Maryi na ustach i różańcem w dłoniach.

I choć nie wszyscy chorzy zostają cudownie uzdrowieni na ciele, to jednak wszyscy zostają duchowo pokrzepieni i umocnieni, napełnieni Bożym pokojem i odwagą do dalszej drogi pod płaszczem opieki Maryi. Za Jej przykładem zawierzają Sercu Jezusa i łączą swoje ludzkie cierpienia z męką Zbawiciela. Bo jak uczy Św. Jan Paweł II:

W chorobie czy jakimkolwiek cierpieniu trzeba zawierzyć Bożej Miłości, jak dziecko, które zawierza wszystko, co ma najdroższego, tym, którzy je miłują, zwłaszcza swoim rodzicom. Potrzeba nam więcej tej dziecięcej zdolności zawierzenia siebie Temu, który jest Miłością (por. 1 J 4,8). Jakże głębokiej wartości i znaczenia – mówi papież, nabierają słowa świętego Pawła: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13).

Kilka lat temu będąc w rodzinnych stronach odwiedziłem katedrę w Gdańsku – Oliwie. Przechodząc po krużganku klasztornym tej pocysterskiej budowli, moją uwagę zwrócił obraz XVII-wiecznego flamandzkiego malarza, zatytułowany: „Chrystus Ukrzyżowany z chorymi”. Muszę wam wyznać, że nie mogłem oderwać oczu od tego niezwykłego obrazu. Przedstawiał Chrystusa rozpiętego na krzyżu, który skłania głowę, patrzy na wszystkich zgromadzonych u Jego stóp, wyciąga do nich swoje ramiona i zdaje się mówić: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. A pod tym krzyżem Chrystusa byli chorzy, ubodzy, dotknięci kalectwem. Byli tam ludzie o kulach, z opaską na oku, leżący na łożu boleści. Niezwykłe było to, że wszyscy oni patrzyli w górę – na Jezusa, mając dłonie złożone do modlitwy. Ich twarze spokojne i pogodne, oczy pełne światła i nadziei – zdawały się mówić: Jak jesteśmy uczestnikami cierpień Chrystusowych, tak też wielkiej doznajemy przez Chrystusa pociechy. Albowiem skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by też wspólnie z Nim przebywać w chwale.

W tego Chrystusa przybitego do krzyża wpatrują się wszyscy chorzy, przykuci do łóżka, którzy po cichu, z wiarą i miłością, łączą codziennie swoje ludzkie cierpienia z Męką Zbawiciela dla dobra Kościoła, swoich bliskich i całego świata. Ten Chrystus obejmuje ich swoją czułą miłością, jest ich Lekarzem, Mistrzem i Przyjacielem, mocą i mądrością w godzinie próby, źródłem najgłębszej pociechy i nadziei sięgającej Wielkanocnego Poranka.

„Jezus jest lekarzem, który leczy lekarstwem miłości, bo bierze na siebie nasze cierpienie i zbawia. On potrafi zrozumieć nasze słabości, bo On sam ich doświadczył osobiście (por. Hbr 4, 15)” (papież Franciszek).

W roku 2002 odbyło się w Mediolanie sympozjum Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Włoskich na temat: „Lekarz wobec cudu”. Kardynał Dionigi Tettamanzi, przemawiając na zakończenie, wyraził niezwykle piękną i głęboką myśl:

„Prawdziwy” cud nie jest przede wszystkim darem uzdrowienia, którego Pan Bóg i tak może udzielić w sposób całkowicie wolny.

„Prawdziwy” cud polega na rozpoznaniu w obliczu Jezusa ukrzyżowanego posuniętej aż do granic miłości Boga, który daje siebie samego każdemu mężczyźnie i każdej kobiecie, czyniąc również nas zdolnymi do takiej miłości.

„Prawdziwy” cud polega na tym, że potrafimy patrzeć na chorobę, ból i cierpienie, ucząc się od Jezusa nazywać je po imieniu, a właściwie dając im imię Chrystusowego krzyża.

„Prawdziwy” cud to umiejętność całkowitego powierzenia się Bogu i złożenia w Nim całej nadziei i ufności, również wtedy gdy z ludzkiego i lekarskiego punktu widzenia nie widać drogi wyjścia.

„Prawdziwy” cud to umiejętność uczynienia z bólu daru, aktu miłości nie tylko do Boga, ale również daru dla braci: dokładnie tak, jak uczynił Jezus!”

Dlatego, drodzy bracia i siostry, tak potrzebne jest towarzyszenie chorym w ich życiowej drodze, wspomaganie ich z delikatnością, ale też odważną miłością, w trudzie nadawania sensu temu, co przeżywają. „To towarzyszenie, które rzeczywiście może przyczyniać się i na swój sposób wzniecać „cud” przeżywania choroby czy śmierci z wewnętrznym pokojem, okazuje się dzisiaj szczególnie potrzebne i konieczne, w sytuacji kulturowej naznaczonej poważnym kryzysem „utraty poczucia sensu”.

Przykładem może być dla nas świadectwo kapłana na wózku, misjonarza – werbisty, o którym chorzy i niepełnosprawni mówią, że „cuda czynić potrafi”.

Ojciec Stanisław Olesiak (+1.12.2020) przez siedem lat pracował jako misjonarz w Angoli, w bardzo trudnych warunkach, prowadził budowę ośrodka misyjnego, zabiegał o żywność dla głodujących.

Niestety mając zaledwie 35 lat zmuszony był powrócić do Polski. – Zaczęła mnie „tłuc” malaria. – opowiada o. Stanisław. W dodatku przywiozłem sobie też amebę w wątrobie. W końcu zaczęły pojawiać się zaburzenia wzroku, pewne luki w pamięci – opowiada. – W końcu padła diagnoza – stwardnienie rozsiane. Na początku chodziłem o lasce, potem o kulach, aż w końcu zmuszony byłem usiąść na wózku inwalidzkim…

Na początku był potworny ból i bunt: Boże, dlaczego ja? Po co? Przecież jako zdrowy mogłem ludziom bardziej się przydać. Czy źle im służyłem? Takie pytania kłębiły się w mojej głowie podczas wielu bezsennych nocy. Problemy z poruszaniem wzmogły się, obawiałem się wyjść z pokoju.

Myślę, że każdy buntuje się przeciwko cierpieniu. Nawet Jezus w Ogrodzie Oliwnym wołał: „Ojcze, oddal ode mnie ten kielich...”. Ale potem przyszła refleksja: na moja chorobę nie ma lekarstwa. Więc co z tego, że będę się buntował? Do czego to doprowadzi? Tylko do jeszcze większej rozpaczy.

Mogę powiedzieć o mojej obecnej posłudze, że odkryłem nowa misję, równie ważną jak misja w Angoli. Tak, skoro Pan Bóg dał dwie kule, a teraz wózek, to trzeba na nim jechać i kontynuować swoja posługę. Oczywiście, że można byłoby usiąść i trwać w bezruchu, ale ja tego nie potrafię, muszę coś robić. Przemogłem się. Wziąłem kule, wyszedłem na miasto, szukać podobnych do mnie. Tak bardzo tęskniłem do Afryki! I nagle pomyślałem sobie: przecież u nas też jest „Afryka”. I to jak wielka! Gdyby wszyscy chorzy na wózkach wyjechali jednego dnia na rynek miasta, zdziwilibyśmy się na ich widok. A przecież w Polsce żyją cztery miliony niepełnosprawnych. Jedna dziesiąta narodu, gdzie oni są? Siedzą zamknięci w swoich czterech ścianach jak w więzieniach. Postanowiłem, że trzeba ich z tych więzień wyzwolić, wyprowadzić na świat.

Mszę świętą odprawiam na wózku, ale cały czas spotykałem się i spotykam z osobami niepełnosprawnymi. Zauważyłem, ze chociaż jestem duchownym, w swoich odczuciach choroby nie różnię się od innych. Niejeden raz czułem żal do Pana Boga. Było to udziałem wielu osób, które poznałem. W niepełnosprawnych rodzi się wielki bunt. Na pewno niełatwo jest żyć ze swoją ułomnością, zwłaszcza, że nie jest się jeszcze staruszkiem. Wiara jednak nauczyła mnie ostatecznie mówić: „coś dał Panie Boże, trzeba przyjąć”. Ludziom fizycznie niesprawnym, zwłaszcza niewierzącym, trudno odkryć sens swojego kalectwa. Oprócz znoszenia bólu fizycznego cierpią psychicznie i duchowo, nieustannie pytając: dlaczego cierpienie i dlaczego akurat mnie ono spotkało, dlaczego muszę być ciężarem dla innych? Widząc obok siebie mnie, duchownego, również niesprawnego, bardzo często nawiązywali ze mną rozmowę. Tym łatwiej, że widzieli, iż pomimo trudów i podobnego cierpienia uśmiecham się, nie odrzucam Boga, ale modlę się, odmawiam brewiarz, różaniec, odprawiam Mszę świętą, adoruję Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Ludzie otwierali się, dzielili się tym, co czują, pytali o moje nastawienie i przeżywanie choroby. Widząc moje zmagania i próby nadawania sensu życiu pomimo kalectwa, szukali częstszego kontaktu ze mną, wspólnych rozmów, spotkań, prosili o spowiedź. Pamiętam spotkanie z chorym, który prosił o spowiedź po czterdziestu trzech latach. Ponieważ mieliśmy dużo czasu, mogłem go dobrze do niej przygotować w czasie wielu rozmów.

Choroba zbliżyła mnie do ludzi, którzy cierpią i chorują, podobnie jak ja. Ktoś mówiąc o mnie powiedział, że „cuda potrafię czynić”. To za duże słowa. Nie potrafię czynić cudów, ale rzeczywiście cuda się dzieją wokół mnie. Kiedy siedzę lub leżę, mam w nogach mrowienie i odczuwam bardzo silny ból, potrafię śmiać się, rozmawiać. Przecież to jest mały cud, że nie skarżę się i nie użalam nad sobą. Cudowne jest, że moje zachowanie i słowa nieraz mobilizują do życia innych chorych, którym ból czy cierpienie tak bardzo doskwiera.

Jeszcze muszę dodać, że modlę się w ciągu dnia za nich. Różańca z ręki prawie nie wypuszczam. A przecież są jeszcze noce; dla mnie są to często noce nieprzespane. Bogu dzięki, że jest Radio Maryja, a jak nie ma nic ciekawego, znowu biorę różaniec. Zawsze powtarzam na każdych rekolekcjach, na spotkaniach, że modlitwa różańcowa jest siłą. Każdemu mówię, że jeśli tego nie przyjmiemy, to zginiemy.

Mimo że jestem przykuty do wózka, docieram do niepełnosprawnych przez różne formy apostolatu. Głównie przez spotkania Stowarzyszenia Niepełnosprawnych „Spokojne Jutro”, przez wczasorekolekcje, turnusy rehabilitacyjne, pielgrzymki. Prowadzę też bogatą korespondencję. Gdybym przechowywał wszystkie kartony z listami, to by brakło miejsca w moim pokoju. Często rozmawiam z chorymi telefonicznie i wysłuchuję licznych próśb o poradę, dobre słowo i o modlitwę. Ludzie mówią, że odczuwają te modlitwę.

Osoby niepełnosprawne przeżywają ogromną radość, kiedy składają swoje cierpienie w intencjach misji. Namawiam ich, aby modlili się za konkretnych misjonarzy, zamawiali Msze święte i w miarę swoich możliwości wspierali misje finansowo. Zapewniam, że w ten sposób każdy może zostać apostołem i misjonarzem”.

Pani Henryka tak wspomina swoje rekolekcyjne spotkanie z Ojcem Stanisławem:
„Mam przed oczyma kapłana, naszego kapłana chorych, któremu kule i krzesło pomagają utrzymać się przy ołtarzu. Kapłana, który Mszę świętą czasem też celebruje w pozycji siedzącej. To on, ten schorowany, wspaniały kapłan sprawił, że jakaś wielka, niewidzialna siła ogarniała mnie i innych chorych, pozwalała zapomnieć o troskach codziennego dnia, wznieść się wyżej i całym swoim jestestwem, całym sercem jednoczyć się z Bogiem, z Chrystusem. Łączyłam w myśli ból i cierpienie tego cichego i pokornego kapłana z bólem wszystkich chorych i cierpieniem Chrystusa. Przyjmowałam Komunię świętą z tych słabych, drżących kapłańskich rąk. I potem bóle ustąpiły. Wróciłam do domu szczęśliwa. Byłam wzmocniona duchowo, napełniona miłością, wyposażona w głęboką ufność”.

Bł. Kardynał Stefan Wyszyński zwracając się do chorych powiedział: 

„Wy posiadacie skarb cierpienia, ofiarowanego Bogu. Dlatego możecie wiele pomóc innym. Chciejcie więc dołączyć wasze cierpienie do Męki Chrystusa. Nie tylko Go przez to pocieszycie, nie tylko sami doznacie ulgi, ale jeszcze (…) swoją wiarą i nadzieją pomożecie innym (…). Wielu ludzi oczekuje waszej pociechy i pomocy, mimo, iż sami cierpicie. (…)

Gdy będzie Wam ciężko, pamiętajcie, że i Chrystus cierpiał. Ale idąc na Krzyż uprzedzał uczniów swoich, że trzeciego dnia zmartwychwstanie. Pamiętajcie o tym, że i przed Wami jest zmartwychwstanie i życie. „Smutek wasz w radość się odmieni”.

Papież Franciszek podkreśla, że „ludzie chorzy, podobnie jak osoby niepełnosprawne, nawet bardzo poważnie, posiadają swoją niezbywalną godność i swoją misję w życiu”.

O tej misji osób chorych przypomniała Piękna Pani z Lourdes ukazując się ubogiej, niepiśmiennej i chorej dziewczynce, obejmując ją swoim miłującym spojrzeniem i prosząc o modlitwę oraz pokutę za grzeszników.

Papież Franciszek w orędziu na Światowy Dzień Chorego napisał:

„Bernadeta po pobycie w grocie, dzięki modlitwie przekształciła swoją kruchość we wsparcie dla innych, dzięki miłości stała się zdolna do ubogacenia swego bliźniego, a przede wszystkim poświęciła swoje życie dla zbawienia ludzkości. Fakt, że Piękna Pani poprosiła ją, aby modliła się za grzeszników przypomina nam, że chorzy, cierpiący noszą w sobie nie tylko pragnienie uleczenia, ale także przeżywania po chrześcijańsku swego życia, dochodząc do oddawania go jako autentyczni uczniowie-misjonarze Chrystusa”.

Te słowa następcy Świętego Piotra jasno wskazują, że właśnie ludzie chorzy, którzy z wiarą i miłością łączą swoje ludzkie cierpienia z męką Chrystusa, są szczególnie cennymi współpracownikami Bożymi w dziele zbawienia dusz.

Jakże wielu grzeszników doświadcza mocy Bożego Miłosierdzia, otrzymuje łaskę pojednania z Bogiem w sakramentalnej spowiedzi i siłę do zerwania ze zgubnym nałogiem, odnajduje sens i cel swego ziemskiego pielgrzymowania, właśnie dzięki spotkaniu z osobą chorą, która z cierpliwością i pogodną nadzieją złożoną w Bogu, dźwiga swój krzyż, modli się nieustannie i ofiaruje Bogu łącząc z miłością swoje cierpienia z męką Zbawiciela dla dobra innych ludzi.

Drodzy Moi! Tak wielu chorych stwierdza, że zamiast uzdrowienia ciała dokonał się w nich o wiele ważniejszy cud przemiany duchowej.

Pogodzili się ze swoim cierpieniem, a nawet je pokochali, uświadamiając sobie, że w ten sposób stają najbliżej Jezusa ukrzyżowanego, że niejako pomagają Mu zbawiać ten świat i ludzi. (…)

Chory często myśli, że jest taką suchą, nieużyteczną kłodą, ale często takie właśnie kłody rozpala łaska Ducha Świętego i chory, który myśli, że jest zupełnie nieużyteczny, zjednuje swoim cierpieniem zbawienie innym i sam nie idzie do nieba z pustymi rękami, bez zasług. Jeśli chory człowiek otwiera się na innych, jest wielkim skarbem dla tych, którzy mu pomagają. On wspiera ich duchowo. Pewna kobieta na wózku inwalidzkim cieszyła się, gdy jeden z księży co miesiąc podawał jej kolejne intencje modlitewne. Mówiła tak: „Proszę księdza, ten mały pokoik pomieści wielu ludzi." I mówi ów kapłan: "Cieszyłem się, że mogę być spokojny o trudne ludzkie sprawy, które ona umieściła w swoim sercu.” Wielu chorych modli się również za małżeństwa przeżywające kryzys, za syna, który padł ofiarą sekty, za córkę narkomankę, za kobietę po wypadku… Kiedyś powiedział pewien lekarz, że ci, którzy pomagają innym, znacznie szybciej wracają do zdrowia, niż ci, którzy zajmują się tylko swoją chorobą. Zobaczcie, kochani, jak bardzo jesteście potrzebni i ile dobra możecie wyświadczyć!” (Ks. Dariusz Kielar CSMA).

Najmilsi Bracia i Siostry! Kochani Chorzy! Nasze rozważanie zakończmy słowami modlitwy ojca Stanisława i niech stanie się ona także naszą modlitwą:

„Panie Jezu, tę chorobę, którą na mnie zesłałeś, przyjmuję jako łaskę z Twoich rąk.

Ona mnie dręczy, ale czyni także bardziej podobnym do Ciebie.

Naucz mnie cierpieć tak, jak Ty...

Spraw, żeby moje cierpienia przyczyniły się
do prawdziwego dobra tych, których kocham.

Odnawiam ofiarę mojego ciała, mojego serca,
mojej woli, moich lęków i mojej bezsenności,
moich udręk i całego mojego życia.

Składam ufnie w Twoje ręce, jako Przyjaciela,
całą moją przeszłość, abyś ją oczyścił, moje „teraz”, abyś je uświęcił, moją przyszłość, aby była taka, jakiej Ty oczekujesz ode mnie.

Mam, mój Panie, tylko jedną wolę – to jest Twoja Wola!”. Amen.

o. Piotr Męczyński O.Carm.


« Wszystkie wiadomości   « powrót  

 



  Klasztor karmelitów z XVII w. oraz Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach położone są 20 km od Golubia-Dobrzynia w diecezji płockiej. Jest to miejsce naznaczone szczególną obecnością Maryi w znaku łaskami słynącej figury Matki Bożej Bolesnej. zobacz więcej »


  Sobotnie Wieczerniki mają charakter spotkań modlitewno- ewangelizacyjnych. Gromadzą pielgrzymów u stóp MB Bolesnej. zobacz więcej »
 
     
 
  ©2006 Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej

  Obory 38; 87-645 Zbójno k. Rypina; tel. (0-54) 280 11 59; tel./fax (0-54) 260 62 10;
  oprzeor@obory.com.pl

  Opiekun Pielgrzymów: O. Piotr Męczyński; tel. (0-54) 280 11 59 w. 33; (0-606) 989 710;
  opiotr@obory.com.pl

 
KEbeth Studio